lip 19, 2012

Czarny do czarnego

Lato wybuchło mocnymi owocowymi barwami i to kolorystyczne szaleństwo będzie oczywiście miało swoją nieco stonowaną jesienno-zimową kontynuację. Ale wygląda na to, że wielu projektantom nasycone kolory lekko się już się znudziły, bo na pokazach zarówno kolekcji między sezonowych (resort) i jesienno- zimowych (fall-winter) kolekcji znów pojawiła się czerń. I to bynajmniej nie jako dodatek czy tło dla jakieś mocnego kolorystycznego akcentu.
Wielu designerów poszło na całość – podczas ich pokazów po wybiegu wędrowały głównie modelki ubrane na czarno od stóp do głów, a jeśli pojawiał się jakiś inny kolor, to chyba przez przypadek.
Ta obsesja na punkcie czerni dotknęła między innymi jesienno-zimowe kolekcje ready-to-wear Chanel
i Marc by Marc Jacobs.
Cóż pocieszające jest, że ten, kto lubi ubierać się kolorowo, nie ma się czym martwić, bo wielu projektantów oparło się temu czarnemu trendowi i uparcie trzyma się żywszych barw (np Celine, Oscar de la Renta), albo przynajmniej doprawia czerń jakimś żywszym kolorem (Moschino). Natomiast z całą pewnością ucieszą się (a może nawet odetchną z ulgą) osoby, które ostatnimi czasy cierpiały, bo uwielbiają nosić się na czarno, a sądziły, że moda na ten kolor przeminęła. Trochę przeminęła (choć nigdy do końca), ale już wróciła. Kobieta w czerni znów jest trendy.
Przy tym wszystkim warto jednak przyjrzeć się temu, w jaki sposób owładnięci czernią designerzy stylizują ten kolor. Na wybiegach zwracają bowiem uwagę kompozycje w których monochromatyczne zestawy złożono z elementów o rozmaitej fakturze. Matowe towarzyszy, połyskliwemu, zgrzebne płótno idzie w parze z jedwabiem, skóra łączy się tiulem, a futro z dzianiną.
Najważniejsze są jednak zestawienia rozmaitych odcieni czerni. Ta głęboka i nasycona towarzyszy wypłowiałej, jakby lekko przyprószonej odrobiną popiołu. Czasem mocna pełna czerń łączy się
z czernią granatową (kruczą), innym razem z czarnym brązem. To coś nowego, bo jeszcze
do niedawna o elegancji czarnego zestawu świadczyła jednolitość nasycenia kolorem. Dziś można się pokusić o stwierdzenie, że najmodniejsza czerń ma wiele odcieni.

 

lip 12, 2012

Ile sukienek można zabrać na wakacje?

Są dwie szkoły. Pierwsza mówi, że jedną, ale za to taką, która przy zmianie dodatków, będzie udawała kilka. Inni, że ile się da. I jedni i drudzy mają rację, bo wszystko zależy od tego, dokąd jedziemy
i w jaki sposób. Jeśli wybieramy się pod namiot w bieszczadzka głuszę, to rzeczywiście jedna sukienka powinna nam wystarczyć, ale jeśli turystyka kempingowa nie jest naszym ulubionym sposobem wypoczynku, bierzmy wszystko, co się zmieści do walizki. Albo do dwóch walizek, jeśli jedziemy własnym samochodem. I bez wyrzutów sumienia.
Oczywiście mężczyźni zwykli w takich sytuacjach narzekać, mówiąc, że nasze rzeczy zajmują
za wiele miejsca, że oni spakowali się przecież do małej torby itp. Po pierwsze, co to znaczy „za wiele miejsca”? Jeśli coś się zmieściło (w walizce albo w samochodzie), to znaczy, że miejsce jest i nie ma
o czym mówić. A jeśli chodzi o pakowanie się w małą torbę czy niewielki plecaczek – to, kto właściwie powiedział, że mniej znaczy lepiej? Może – jeśli wybieramy się na górską wycieczkę, bo jeśli nie
– to „mniej” nie jest wcale cnotą, tylko zwykłym marnowaniem okazji.
Jeśli mężczyzna marudzi, że bierzemy za dużo rzeczy (w tym przynajmniej kilka sukienek) należy mu wyjaśnić, że:
Po pierwsze: Na wakacje jedziemy nie tylko po to, żeby leżeć na plaży, będziemy również bywać
w kawiarniach, czasem w restauracjach, a wieczorem wybierzemy się potańczyć. Na te wszystkie okazje sukienki będą nam potrzebne.
Po drugie: W naszym klimacie, nie mamy zbyt dużo czasu na chodzenie w sukienkach.
A przynajmniej nie w tych, które najbardziej lubimy – zwiewnych, odsłaniających ramiona, albo plecy,
z dużymi dekoltami. Lato trwa u nas krótko, a w dodatku większą jego część spędzamy w pracy, gdzie wydekoltowane zwiewności raczej nie są na miejscu. Czas wakacji jest więc jedynym, kiedy możemy je nosić do woli.
Po trzecie: W sukienkach ładnie wyglądamy i kropka. A naszym mężczyznom chyba powinno na tym zależeć?

cze 30, 2012

Jeszcze trochę o żółtym

Kilka miesięcy temu, u progu wiosny pisałam, o tym kolorze zachwalając jego nasyconą neonową wersję. Postanowiłam do tematu wrócić, bo jeden tekst to stanowczo za mało, jeśli pisze się o kolorze, który jest prawdziwym królem (królową) sezonu. W dodatku nie tylko w wersji neonowej, która najbardziej rzuca się w oczy, ale we wszystkich swoich odcieniach. Wśród tegorocznych kolorystycznych „must have” – jest tez żółć cytrynowa, ananasowa, jest ciemna żółć z niewielką domieszką oliwkowej zieleni, jest żółć lekko przygaszona, zmieszana z neutralnym kolorem ziemi, jest też granicząca z kremowym żółć siarkowa, jasna, rozbielona – jakby ledwie nasycona barwą.
Te niezwykłe kolory – w każdym zakątku świata kojarzą się z czymś przyjemnym, jednym przywodzą na myśl kwitnące pola łubinu o poranku albo o zmierzchu, innym cytrusowe gaje w jasnym południowym świetle, jeszcze innym – pachnące pełnią lata rozkwitłe słoneczniki.
Mimo iż to barwa optymistyczna i wprowadzająca w dobry nastrój, mało kto lubi się ubierać od stóp do głów na żółto. Trudno się dziwić, bo choć żółto-zółta żółtość w ubiorze może być naprawdę świetnym awangardowym pomysłem i znakomicie się prezentować na wybiegu, większość z nas preferuje ten kolor w połączeniu z czymś, co nie jest aż tak jednoznaczne.
Ten niczym niezmącony kwiatowo-owocowy optymizm lubimy przyprószyć odrobiną nieco ponurej codzienności, połączyć z rzeczywistością, tworząc zestaw, w którym słońce wychyla się zza zasnutego chmurami nieba, albo oświetla miejską szarość. Ale czy naprawdę w ten sposób odbieramy tej radosnej barwie jej optymizm? Wręcz przeciwnie – przecież gdyby nie brak optymizmu – nie wiedzielibyśmy, czym optymizm tak naprawdę jest. Żółty pokazany na tle granatu paradoksalnie poprawia więc nastrój jeszcze bardziej niż żółty na tle samego siebie.
Być może więc wcale nie jest to kolor nieuleczalnych optymistów, jak zwykło się sądzić, tylko barwa wszystkich tych, którzy chcą widzieć świat w jasnych barwach.

cze 27, 2012

Być jak Marilyn

Lata 50. to czas za którym tęsknią amatorzy tzw. „pełni kobiecości”. Pewnie dlatego stylistyka tamtych lat zawsze wraca. Także w tym roku inspiracje tym okresem nie ominęły wybiegów. Być może wpłynęła na to także popularność filmu „Mój tydzień z Marilyn” (2011), w którym rolę ikony tamtych lat wcieliła się Michelle Williams (dostała za tę rolę nagrodę Złoty Glob i nominacje m.in do nagród Oscara i Brytyjskiej Akademii Filmowej).
Film z pewnością wart jest obejrzenia (kto nie widział w kinie może wypożyczyć albo kupić DVD), nie tylko ze względu na znakomitą grę aktorów, ale i na świetnie oddające atmosferę tamtych lat kostiumy autorstwa Jill Taylor. Oczywiście – szczególnie – kostiumy, które nosi w nim Michelle Williams jako Marilyn. Spodnie cygaretki, bardzo kobiece dzianinowe bliźniaki i sweterki, suknie o wąskim kroju. Kwintesencja lat 50. Żadnego wybujałego erotyzmu w stylu późnej Marilyn – akcja filmu to czy się w 1956 roiku. Zamiast tego klasyka. I właśnie ta klasyka kolejny raz uwiodła projektantów. Czy można się temu dziwić?


Michelle Williams (przy pomocy Jill Taylor) udowodniła przecież, że żeby „być jak Marilyn”, wystarczy para wąskich spodni i obcisły sweterek. Czy naprawdę? Pewnie nie zawsze, ale z stroje modne w latach 50. były skrojone tak, by podkreślać kobiecą figurę, więc nic w tym dziwnego, że kobiety w nie ubrane robią wrażenie. Jest jednak jeszcze coś i doskonale widać to w filmie. Chodzi o w pewnej mierze przez te kroje wymuszony sposób poruszania się. Lekkie rozkołysanie chodu, subtelne ruchy bioder – a wszystko to tym lepiej widoczne im bardziej obcisła sukienka czy spodnie.
Michelle Williams ma na sobie w tym filmie głównie stroje podobne do tych, jakie Marilyn nosiła prywatnie. Ich kolory są stonowane, kroje proste, ale efekt – piorunujący. Ale najlepsze jest to, że są łatwe do naśladowania. I że, żeby takiego naśladownictwa spróbować, nie trzeba wydawać fortuny. Za to można się świetnie zabawić tworząc wariacje na temat strojów a la Marilyn.

cze 20, 2012

Mały wielki bucik z długą historią

Jedni mówią na nie balerinki, inni nazywają baletkami, w polskim języku fashion pojawiła się też ostatnio dość dziwaczna nazwa „meliski”, która opanowała modowe blogi (a wzięła się ona od pewnych wcale nie jedynie płaskich butów z plastiku zaprojektowanych przez Vivienne Westwood dla firmy Melissa, ale to już inna historia).
Warto może wspomnieć także o tym, że dwudziestolatki z lat 60 zwały je rokendrolkami i – jak pisze Anna Pelka w książce „Teksas-land moda młodzieżowa w PRL” wydanej kilka lat temu, były one zrobione z płótna w kolorach czerwonym, czarnym i turkusowym. Wyprodukowała je Spółdzielnia „Narew” z Pułtuska, a model był dziełem projektantów radomskiego „Radoskóru”. Można było takie buty oczywiście dostać również w drugim obiegu – atłasowe lub zamszowe, zrobione przez „prywaciarza” i sprzedawane na bazarze – na przykład Różyckiego w Warszawie.
Najciekawsza była chyba jednak nazwa produkowanych domowym sposobem polskich balerinek z lat pięćdziesiątych. Mówiło się na nie „trumniaki” :) , choć robiono je wcale nie z butów przeznaczonych do trumny, a ze zwykłych białych tenisówek – wycinając część z dziurkami na sznurówki, obszywając wystrzępiony brzeg tasiemką oraz farbując całość na czarno tuszem kreślarskim.
Balerinki mają długą historię, bo choć mówi się, że kobieta najlepiej wygląda na obcasach, to już szesnastowieczne modne panie musiały cenić także wygodę, ponieważ to wtedy nastała moda na przodkinie dzisiejszych „melisek”. Trzeba jednak przyznać, że moda ta była dość krótka i wyjątkowo nietrwała, a jej renesans nastąpił dopiero po kilkuset latach – w XIX wieku.

Złoty okres przeżyły za to balerinki w latach 50. i 60. ubiegłego wieku. Nosiły je wszystkie wielkie gwiazdy: od Brigitte Bardot po Jacqueline Kennedy. Od tej pory do dziś – są modne niemal nieprzerwanie. Czasem wypadają z łask projektantów na kilka sezonów, ale zawsze wracają.
Pewnie dlatego, że są nie tylko urokliwe, ale i niezwykle praktyczne oraz wygodne. Sprawdzają się noszone do dżinsów, bojówek, biurowych kostiumów oraz koktajlowych sukienek, a na dodatek w każdej z tych sytuacji czują się tak samo dobrze. I dobrze wyglądają. To nie są buty do zadań specjalnych, to są buty do wszelkich zadań. Polecamy :)

Strony:«123456789»

Archiwum Bloga

  • 2013 (1)
  • 2012 (44)
  • 2011 (47)
  • 2010 (8)

AGGI

Chcemy razem z Wami tworzyć markę AGGI. Powiedzcie nam co sądzicie o AGGI, modzie, dobrym guście i stylach.
Co Was nakręca? Co Was wkurza?
Czy klasyka może być nowoczesna i inspirująca? Zdjęcia na blogu przedstawiają modelkę AGGI. Zapraszamy również na stronę firmową AGGI oraz na profil na Facebooku - AGGIzprofilu.
 
Ta strona używa plików cookies w celu zapewnienia lepszego prezentowania treści, wygodniejszej obsługi oraz w celach statystycznych. Jeśli nie Zablokujesz tych plików, oznacza to zgodę na ich zapisywanie i używanie w Twoim urządzeniu. Można samodzielnie zarządzać plikami cookies poprzez ustawienia Twojej przeglądarki internetowej.