lut 29, 2012

Logiczna dysharmonia

Zielony i niebieski. Dawniej połączenie zakazane. Mówiło się, że zielony nie pasuje do niebieskiego, że te kolory się gryzą, a łączenie ich w jednej kreacji świadczy o zdecydowanym braku gustu. Cóż – dziś jest inaczej. Zdecydowanie inaczej, bo w tym sezonie połączenie intensywnej niebieskości z jakimś (na przykład szmaragdowym) odcieniem zieleni mówi o czymś wręcz przeciwnym.
Ktoś dociekliwy mógłby zapytać, jak to się dzieje, że kiedyś nie pasowało, a dziś – tak? Przecież połączenie tych kolorów wygląda tak samo jak 50 lat temu! W dodatku to nie pierwszy taki przypadek – kiedyś nie łączyło się różu z oranżem, srebra ze złotem, czerni z brązem albo granatem. Dziś takie kolorystyczne kompozycje uznaje się wręcz za wyrafinowane. Co się właściwie zmieniło?
Nie tyle same połączenia, co sposób, w jaki je odbieramy. Kiedyś za godne uwagi uznawano bowiem jedynie to, co harmonijne, dziś większą wartością jest łamanie reguł tej harmonii. W taki sposób, by tworzyć zupełnie nową jakość.
Najbardziej zaskakujące jest jednak to, że w takich, z pozoru nieharmonijnych, zestawieniach odnajdujemy logikę znaną z innych dziedzin sztuki (cóż w końcu moda to też sztuka, bo przecież nie bez powodu wielkich projektantów uznaje się dziś za artystów). A w tej – już od dawna liczy się głównie to, co zaskakujące, to co wytrąca nas z równowagi, to co przyciąga uwagę, to, co nie pozwala przejść obok obojętnie. Klasyczność, choć doceniana uważana jest za formę skończoną, tendencję, która już dawno osiągnęła własne granice, co oznacza, że nie może stać się doskonalsza niż jest. A dla artysty to przecież żadne wyzwanie!
Wydaje się, że projektanci mody przyjęli tę filozofię za swoją. To nie znaczy oczywiście, że to, co klasyczne zupełnie odrzucają. Moda tym się różni np. od malarstwa, że ma sprawić, nie tyle byśmy podziwiali ją samą, co pomóc nam podziwiać samych siebie. Spódnica na zawsze pozostanie spódnicą, bez względu na to, jaką będzie miała długość i jaki krój. Tak samo inne części garderoby – nie obejdziemy się ani bez spodni, ani bez bluzek, ani bez butów. Anatomii człowieka nie da się przecież przerobić. Klasyka pozostanie więc na zawsze zawsze podstawą artystyczno-modowych poszukiwań, lecz poszukiwanie w niej sprzeczności stanie się ważniejsze niż odnajdywanie harmonii.

lut 21, 2012

Asymetria dla zaawansowanych

Geometryczne zestawienia rozmaitych barw i kształtów wciąż fascynują designerów – zarówno tych, którzy kreują modę – jak i tych, którzy zajmują się projektowaniem wnętrz. Opozycja symetrii i asymetrii jest zaś jedną z osi tej fascynacji. Choć jednak odwieczny konflikt pomiędzy symetryczną równowagą a jej przeciwieństwem pozostaje i pewnie na wieki pozostanie nierozstrzygnięty, w tym roku ulubioną estetyką większości projektantów jest asymetria. Tę tendencję można było zaobserwować już podczas ubiegłorocznych pokazów mody prezentujących wiosenne kolekcje na rok 2012. Szczególnie interesujące były te stworzone przez dom mody Celine (projekty nieocenionej Phoebe Philo) oraz Pedro Lourenco (brazylijskiego projektanta, który zasłynął m.in. projektami stworzonymi dla Lady Gagi).
Ujmując rzecz w dużym skrócie, wszystko polega na tym, by prawa strona sylwetki nigdy nie wyglądała tak jak lewa. Świat nie jest wcale taki prosty – zdają się mówić te projekty – a symetria jest może nie tyle „estetyką głupców”, co pewnego rodzaju pójściem na łatwiznę. Prosta stąd droga do skojarzenia wzorów tkanin albo ich łączeń ze stylami malarskimi – geometrycznym abstrakcjonizmem czy kubizmem. Porównanie to nie jest żadnym nadużyciem, bo wiele zaprezentowanych na tych pokazach projektów całkiem jawnie odwoływało się do obrazów na przykład Pieta Mondriana czy Georgesa Braque’a.
Noszenie takich „geometrycznie zaawansowanych” strojów wymaga pewnej odwagi, bo ,nawet jeśli do ich stworzenia posłużyły kolory stonowane, sama forma przyciąga wzrok. Nie jest to więc wybór stosowny dla kogoś, kto chce zupełnie zniknąć w tłumie. A gdy geometryczna asymetria jest na dodatek nasycona kolorem – taka sztuka z całą pewnością się nie uda. Warto również pamiętać, by z takimi kombinacjami obchodzić się ostrożnie, ponieważ mogą one wyprofilować sylwetkę – na przykład wyostrzyć jej linię, optycznie poszerzyć albo zwęzić. Rzecz w tym, by dobrać je do własnej sylwetki w taki sposób, by poszerzały albo zwężały jedynie w miejscach, w których taki efekt jest pożądany.

lut 14, 2012

Feministyczna natura kwiatów

Tej wiosny kwiaty zatriumfują. Te drobne, te średnie i te ogromne. Te drukowane i wyraziste oraz te przypominające obrazy impresjonistów. Ich wspólną cechą będzie nasycenie kolorem. Żadnego przybladłego różu czy herbacianego kremu, wyłącznie ostre, by nie powiedzieć jaskrawe kolory. Kwieciste sukienki będą w sobie łączyć wszystkie najmodniejsze w tym sezonie barwy – chabrowy niebieski, cyklamenowy róż, głęboką trawiastą zieleń, mocny turkus i rozmaite odcienie oranżu.
Kwieciste tkaniny są niezwykle kobiece. Jest to chyba jedyny wzór, który w męskiej modzie przyjmuje się z oporami. I chyba nie dlatego, że mężczyźni kwiatów nie lubią… Bo przecież lubią, tyle że w kobiecej postaci. Po prostu wciąż jedynie istocie płci żeńskiej wypada być kwiatem – Różą, Jaśminą, Georginią, Malwiną, Lilianą… Męskich imion pochodzących od kwiatów jest zdecydowanie mniej i nie cieszą się one nadmierną popularnością. Trzeba też przyznać, że kwiaty każdej kobiecie dodają kobiecości, ale tylko mężczyzna bardzo męski będzie w nich wyglądał jeszcze bardziej męsko. Cóż – taka jest widocznie kwiatowa feministyczna natura.
Czy to wszystko oznacza, że wystarczy kwiecista sukienka, a każda kobieta zyska na uroku, zwiewności i przemieni w romantyczną istotę z marzeń? Niestety niekoniecznie. Wzory kwiatowe potrafią dodać dokładnie tyle samo uroku, ile mogą go odebrać. Diabeł tkwi nie tyle w ich szczegółach, ile w wielkości.
Najlepszej figury wymagają kwiaty bardzo bardzo duże, które potrafią podkreślić zarówno ponętne kobiece kształty jak i niedostatki sylwetki. Nie są one odpowiednie ani dla osób o nieco bardziej obfitych kształtach ani też dla pań bardzo drobnych. W pierwszym przypadku, mogą sprawić, że kobieta będzie wyglądała na potężniejszą niż w rzeczywistości, w drugim – niosą ryzyko przytłoczenia niewielkiej osóbki w taki sposób, że sukienka będzie widoczna, ale jej właścicielka dużo mniej.
Drobne kwiatki, które wydają się łatwiejsze do noszenia też nie są bezkonfliktowe. A to dlatego, że przy mocniejszej budowie duża liczba drobnych deseni pokrywających materiał, z którego uszyto strój przykuwa uwagę do wymiaru osoby go noszącej. Istnieje ryzyko, że mała łączka przemieni się w ten sposób w kilka hektarów łąki.
Najbezpieczniej jest zatem nosić sukienki w kwiaty średniej wielkości.

 

 

lut 6, 2012

Nostalgiczny „punk rock look”

To było tak dawno dawno temu, że większość młodych osób w ogóle tego nie pamięta. Była pierwsza połowa lat 80., a wśród polskiej młodzieży królował punk rock. Myli się jednak ten, kto sądzi, że za tym określeniem kryła się jedynie bardzo mocna w wyrazie muzyka i towarzyszące jej buntownicze teksty. Muzyki słuchała tylko część młodzieży, ale styl był widoczny dla każdego. Oczywiście tak zupełnie „po punkrockowemu” ubierały się i ubierali jedynie przedstawicielki i przedstawiciele tej subkultury, ale nic nie dzieje się w próżni, więc pewne elementy subkulturowego image’u przedostały się do głównego nurtu mody.
Jedną z ikon tamtego czasu i najczęściej nieosiągalnym marzeniem była tzw. „ramoneska”, czyli sięgająca talii uszyta z czarnej skóry, nabijana ćwiekami i zapinana (obowiązkowo) na skośny zamek kurtka. Nie było łatwo coś takiego zdobyć – jedynie nieliczni szczęściarze otrzymywali te skórzane przedmioty pożądania od krewnych zza granicy. Kupienie czegoś podobnego na rynku krajowym było prawie zupełnym niepodobieństwem. Owszem obrotni rodacy zwozili z tureckich bazarów skórzane kurtki, ale najczęściej w zupełnie innym stylu.


Nieco mniej kłopotów przysparzało za to zdobycie czarnej długiej marynarki, kolejnego elementu punkrockowego stylu. Marynarkę pożyczało się zwykle od taty albo od dziadka – a zbyt długie rękawy należało po prostu umiejętnie wywinąć. Do kompletu założyć trzeba było zwykły czarny t-shirt (o niego za to wcale nie było łatwo, ale zwykle udawało się upolować męski podkoszulek z krótkim rękawem w jakimś mało atrakcyjnym kolorze i zmienić jego barwę na czarną przy pomocy jedynej w owych czasach dostępnej farby do tkanin o nazwie Kakadu).
Spodnie (oczywiście dżinsy) w tym zestawie musiały być wąziuteńkie – dziś mówi się o takich „skinny jeans” wtedy nazywały się rurkami. Kupić się takich nie dawało, więc zwężało się te szerokie (o które przecież też trzeba było powalczyć) – na maszynie, a jeśli ktoś nie miał takowej, to ręcznie – moda wymagała poświęceń. Całości dopełniały czarne trampki albo przypominające nieco dzisiejsze balerinki – buty szyte przez szewców „prywaciarzy” z materiału podobnego do grubej satynowej podszewki.
A o czym jest ta cała nostalgiczna opowieść? To tylko fragment polskiej historii punkrockowego image’u, który znów jest modny. Może w wersji nieco złagodzonej, ale jednak.

Archiwum Bloga

  • 2013 (1)
  • 2012 (44)
  • 2011 (47)
  • 2010 (8)

AGGI

Chcemy razem z Wami tworzyć markę AGGI. Powiedzcie nam co sądzicie o AGGI, modzie, dobrym guście i stylach.
Co Was nakręca? Co Was wkurza?
Czy klasyka może być nowoczesna i inspirująca? Zdjęcia na blogu przedstawiają modelkę AGGI. Zapraszamy również na stronę firmową AGGI oraz na profil na Facebooku - AGGIzprofilu.
 
Ta strona używa plików cookies w celu zapewnienia lepszego prezentowania treści, wygodniejszej obsługi oraz w celach statystycznych. Jeśli nie Zablokujesz tych plików, oznacza to zgodę na ich zapisywanie i używanie w Twoim urządzeniu. Można samodzielnie zarządzać plikami cookies poprzez ustawienia Twojej przeglądarki internetowej.