cze 30, 2012

Jeszcze trochę o żółtym

Kilka miesięcy temu, u progu wiosny pisałam, o tym kolorze zachwalając jego nasyconą neonową wersję. Postanowiłam do tematu wrócić, bo jeden tekst to stanowczo za mało, jeśli pisze się o kolorze, który jest prawdziwym królem (królową) sezonu. W dodatku nie tylko w wersji neonowej, która najbardziej rzuca się w oczy, ale we wszystkich swoich odcieniach. Wśród tegorocznych kolorystycznych „must have” – jest tez żółć cytrynowa, ananasowa, jest ciemna żółć z niewielką domieszką oliwkowej zieleni, jest żółć lekko przygaszona, zmieszana z neutralnym kolorem ziemi, jest też granicząca z kremowym żółć siarkowa, jasna, rozbielona – jakby ledwie nasycona barwą.
Te niezwykłe kolory – w każdym zakątku świata kojarzą się z czymś przyjemnym, jednym przywodzą na myśl kwitnące pola łubinu o poranku albo o zmierzchu, innym cytrusowe gaje w jasnym południowym świetle, jeszcze innym – pachnące pełnią lata rozkwitłe słoneczniki.
Mimo iż to barwa optymistyczna i wprowadzająca w dobry nastrój, mało kto lubi się ubierać od stóp do głów na żółto. Trudno się dziwić, bo choć żółto-zółta żółtość w ubiorze może być naprawdę świetnym awangardowym pomysłem i znakomicie się prezentować na wybiegu, większość z nas preferuje ten kolor w połączeniu z czymś, co nie jest aż tak jednoznaczne.
Ten niczym niezmącony kwiatowo-owocowy optymizm lubimy przyprószyć odrobiną nieco ponurej codzienności, połączyć z rzeczywistością, tworząc zestaw, w którym słońce wychyla się zza zasnutego chmurami nieba, albo oświetla miejską szarość. Ale czy naprawdę w ten sposób odbieramy tej radosnej barwie jej optymizm? Wręcz przeciwnie – przecież gdyby nie brak optymizmu – nie wiedzielibyśmy, czym optymizm tak naprawdę jest. Żółty pokazany na tle granatu paradoksalnie poprawia więc nastrój jeszcze bardziej niż żółty na tle samego siebie.
Być może więc wcale nie jest to kolor nieuleczalnych optymistów, jak zwykło się sądzić, tylko barwa wszystkich tych, którzy chcą widzieć świat w jasnych barwach.

cze 27, 2012

Być jak Marilyn

Lata 50. to czas za którym tęsknią amatorzy tzw. „pełni kobiecości”. Pewnie dlatego stylistyka tamtych lat zawsze wraca. Także w tym roku inspiracje tym okresem nie ominęły wybiegów. Być może wpłynęła na to także popularność filmu „Mój tydzień z Marilyn” (2011), w którym rolę ikony tamtych lat wcieliła się Michelle Williams (dostała za tę rolę nagrodę Złoty Glob i nominacje m.in do nagród Oscara i Brytyjskiej Akademii Filmowej).
Film z pewnością wart jest obejrzenia (kto nie widział w kinie może wypożyczyć albo kupić DVD), nie tylko ze względu na znakomitą grę aktorów, ale i na świetnie oddające atmosferę tamtych lat kostiumy autorstwa Jill Taylor. Oczywiście – szczególnie – kostiumy, które nosi w nim Michelle Williams jako Marilyn. Spodnie cygaretki, bardzo kobiece dzianinowe bliźniaki i sweterki, suknie o wąskim kroju. Kwintesencja lat 50. Żadnego wybujałego erotyzmu w stylu późnej Marilyn – akcja filmu to czy się w 1956 roiku. Zamiast tego klasyka. I właśnie ta klasyka kolejny raz uwiodła projektantów. Czy można się temu dziwić?


Michelle Williams (przy pomocy Jill Taylor) udowodniła przecież, że żeby „być jak Marilyn”, wystarczy para wąskich spodni i obcisły sweterek. Czy naprawdę? Pewnie nie zawsze, ale z stroje modne w latach 50. były skrojone tak, by podkreślać kobiecą figurę, więc nic w tym dziwnego, że kobiety w nie ubrane robią wrażenie. Jest jednak jeszcze coś i doskonale widać to w filmie. Chodzi o w pewnej mierze przez te kroje wymuszony sposób poruszania się. Lekkie rozkołysanie chodu, subtelne ruchy bioder – a wszystko to tym lepiej widoczne im bardziej obcisła sukienka czy spodnie.
Michelle Williams ma na sobie w tym filmie głównie stroje podobne do tych, jakie Marilyn nosiła prywatnie. Ich kolory są stonowane, kroje proste, ale efekt – piorunujący. Ale najlepsze jest to, że są łatwe do naśladowania. I że, żeby takiego naśladownictwa spróbować, nie trzeba wydawać fortuny. Za to można się świetnie zabawić tworząc wariacje na temat strojów a la Marilyn.

cze 20, 2012

Mały wielki bucik z długą historią

Jedni mówią na nie balerinki, inni nazywają baletkami, w polskim języku fashion pojawiła się też ostatnio dość dziwaczna nazwa „meliski”, która opanowała modowe blogi (a wzięła się ona od pewnych wcale nie jedynie płaskich butów z plastiku zaprojektowanych przez Vivienne Westwood dla firmy Melissa, ale to już inna historia).
Warto może wspomnieć także o tym, że dwudziestolatki z lat 60 zwały je rokendrolkami i – jak pisze Anna Pelka w książce „Teksas-land moda młodzieżowa w PRL” wydanej kilka lat temu, były one zrobione z płótna w kolorach czerwonym, czarnym i turkusowym. Wyprodukowała je Spółdzielnia „Narew” z Pułtuska, a model był dziełem projektantów radomskiego „Radoskóru”. Można było takie buty oczywiście dostać również w drugim obiegu – atłasowe lub zamszowe, zrobione przez „prywaciarza” i sprzedawane na bazarze – na przykład Różyckiego w Warszawie.
Najciekawsza była chyba jednak nazwa produkowanych domowym sposobem polskich balerinek z lat pięćdziesiątych. Mówiło się na nie „trumniaki” :) , choć robiono je wcale nie z butów przeznaczonych do trumny, a ze zwykłych białych tenisówek – wycinając część z dziurkami na sznurówki, obszywając wystrzępiony brzeg tasiemką oraz farbując całość na czarno tuszem kreślarskim.
Balerinki mają długą historię, bo choć mówi się, że kobieta najlepiej wygląda na obcasach, to już szesnastowieczne modne panie musiały cenić także wygodę, ponieważ to wtedy nastała moda na przodkinie dzisiejszych „melisek”. Trzeba jednak przyznać, że moda ta była dość krótka i wyjątkowo nietrwała, a jej renesans nastąpił dopiero po kilkuset latach – w XIX wieku.

Złoty okres przeżyły za to balerinki w latach 50. i 60. ubiegłego wieku. Nosiły je wszystkie wielkie gwiazdy: od Brigitte Bardot po Jacqueline Kennedy. Od tej pory do dziś – są modne niemal nieprzerwanie. Czasem wypadają z łask projektantów na kilka sezonów, ale zawsze wracają.
Pewnie dlatego, że są nie tylko urokliwe, ale i niezwykle praktyczne oraz wygodne. Sprawdzają się noszone do dżinsów, bojówek, biurowych kostiumów oraz koktajlowych sukienek, a na dodatek w każdej z tych sytuacji czują się tak samo dobrze. I dobrze wyglądają. To nie są buty do zadań specjalnych, to są buty do wszelkich zadań. Polecamy :)

cze 17, 2012

Sukienka na rowerze

20 lat temu mało kto miał w Polsce dobry rower. Kto lubił pedałować miał do wyboru składaki Wigry albo turystyczne Waganty (w damskiej wersji Komety). No i była jeszcze przyciężka radziecka Ukraina. Wybór niewielki, a w dodatku jakikolwiek o rower (jak i o wszystko inne) i tak nie było wtedy łatwo.
Nic więc w tym dziwnego, że gdy nastał wolny rynek, kto mógł, kupował nowoczesny jednoślad. Zakochaliśmy się w „góralach” i rowerach crossowych pewnie dlatego, że miały (i nadal mają) po kilkanaście przerzutek (większość ludzi nawet nie wie, jak z nich korzystać) i były zupełnie niepodobne do peerelowskich składaków. Tłumaczenia tych, co się na kolarstwie znali, że nie bez powodu na całym świecie po miastach jeździ się na rowerach miejskich – nikogo nie przekonywały. Modny rower to był rower górski i już. A z modą się przecież nie dyskutuje.
To zapatrzenie miało jednak swoje konsekwencje. Na sportowych rowerach, a takimi są rowery górskie, jeździ się w sportowym ubraniu. I dla wygody i dla bezpieczeństwa. Wysoka rama sprawia, że jazda sukience to zadanie dla desperatek. A kształt pedałów wymaga sportowego obuwia. I tak dalej.
Co innego rower miejski (zwany też „holenderką”), który w końcu wyparł „górale”. Można na nim jeździć w wyprostowanej pozycji, Rama jest na tyle nisko, żeby nie podwijała się spódnica.
Dlatego właśnie można na takim rowerze pojechać do pracy, można się wybrać do kawiarni, po zakupy, na relaksującą przejażdżkę po ulicach, po których nie jeżdżą samochody (na przykład na Starym Mieście w Krakowie, Warszawie, Gdańsku czy Toruniu). Miejski rower to wolność wyboru. Można nim wjechać niemal wszędzie i we wszystkim. Nawet w butach na obcasach.
I trzeba przyznać, że kobieta w sukience jadąca na rowerze to jeden z ładniejszych widoków, jakie oglądamy ostatnio na ulicach polskich miast. Wiatr rozwiewa włosy, sukienka łopoce – miło popatrzeć.
Zachęcamy do takich wycieczek. A na dowód, że wszystko, co piszemy o estetyce jazdy na rowerze w sukience, to prawda, mamy mały fotoreportaż.

Archiwum Bloga

  • 2013 (1)
  • 2012 (44)
  • 2011 (47)
  • 2010 (8)

AGGI

Chcemy razem z Wami tworzyć markę AGGI. Powiedzcie nam co sądzicie o AGGI, modzie, dobrym guście i stylach.
Co Was nakręca? Co Was wkurza?
Czy klasyka może być nowoczesna i inspirująca? Zdjęcia na blogu przedstawiają modelkę AGGI. Zapraszamy również na stronę firmową AGGI oraz na profil na Facebooku - AGGIzprofilu.
 
Ta strona używa plików cookies w celu zapewnienia lepszego prezentowania treści, wygodniejszej obsługi oraz w celach statystycznych. Jeśli nie Zablokujesz tych plików, oznacza to zgodę na ich zapisywanie i używanie w Twoim urządzeniu. Można samodzielnie zarządzać plikami cookies poprzez ustawienia Twojej przeglądarki internetowej.